piątek, 20 października 2017

O święcie dyni i martwych rzeczach, króre czasem bywają martwe jeszcze bardziej

Tak to już bywa. Planujemy jedno, wychodzi całkiem co innego. 

Obiecałam starszej córce półki na książki z drewnianych skrzynek. Półki
o tyle niezbędne, że mój mały mól książkowy ma owych książek niezliczone ilości, wszystkie obdarza wielką miłością, a im większą, tym bardziej młodszy szkodnik lubuje się w ich zrzucaniu z półek, do których akurat ma dostęp....

Śpieszno mi było, by z nimi zdążyć, zanim po tej stronie brzucha pojawi się trzeci już, mały, despotyczny ssak. Wpierw brakło mi papieru ściernego,
a jakoś nie po drodze mi było, by go kupić. Gdy w końcu mąż się zlitował
i poczynił spory zapas rzeczonego, młodsza córka zgłosiła zapotrzebowanie na... dynię. Bo widzicie Państwo, w przedszkolu mojej gwiazdeczki nie obchodzi się (dzięki Bogu) Halloween ani nie organizuje się balu Wszystkich Świętych. Tam świętuje się, ku mojej uciesze, dzień dyni. Inicjatywa ma na celu oswojenie dzieciaków ze strachami wieku dziecięcego, takimi jak ciemność, pająki, nietoperze oraz... smakiem dyniowych babeczek, które maluchy samodzielnie przygotowywały. Pomysł super, tylko coś za późno dowiedziałam się, że obowiązuje dyniowy strój, którego, jak na złość,
w żadnym sklepie znaleźć nie mogłam.
Cóż matce pozostało? Zarzucić wszystkie swoje szydełkowe roboty, odłożyć na bok szlifierkę oscylacyjną i przegrzebać ścinki filcu w poszukiwaniu odpowiednich kolorów, by uszyć z nich broszkę.

Efekt godzinnej pracy może nie jest powalający, ale zadowalający na pewno, bo dziecko do przedszkola poszło w stroju ze stosownym dyniowym akcentem. 








A skrzyneczki? Cóż, czekają nadal, bo rzeczy martwe martwieją nieraz jeszcze bardziej, a do tego miewają czasem coś do dodania od siebie. Tym razem szlifierka odmówiła współpracy, po prostu przestała działać.

Może to znak, że na tydzień przed porodem powinnam się zająć raczej moim szydełkowym zającem, niż warczącą szlifierką?

czwartek, 5 października 2017

Kilka tygodni temu stara, (no, będzie już z 11 lat, jak się znamy, jeśli nie lepiej...), dobra znajoma, spytała, czy nadal jeszcze zajmuję się techniką decoupage. 
Po tak długiej przerwie trudno było jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, zatem upewniłam się w czym rzecz. Ano, rzecz była w tym, że koleżanka za kilka dni wybierała się na urodziny i obiecała komuś szkatułkę lub skrzyneczkę, podobną do tej, którą ma sama, a którą, jak się składa, ja zrobiłam. 
Cóż było robić. Jak to tak, zostawić koleżankę na lodzie? Nie podjąć wyzwania?

Ochoczo przystąpiłam do pracy. Okazało się, że jakieś materiały jeszcze na strychu zostały (szczerze mówiąc można tam znaleźć wszystko, nasz strych to chyba jakiś równoległy wymiar....), a powrót do techniki, którą się świetnie zna, okazał się niebywałą przyjemnością. Czasu było naprawdę niewiele, jak to zwykle bywa, gdy dla starszaka zaczyna się nowy rok szkolny, a dla malucha zupełnie nowy rozdział pod tytułem przedszkole. Pracowałam w zasadzie tylko z rana, gdy dzieciaki były oddane pod opiekuńcze skrzydła pań wychowawczyń w stosownych placówkach oświatowych. Czasem jeszcze wieczorami, pomiędzy prasowaniem, myciem garów, praniem
i ogarnianiem przychówku. I nocą. Spieszno mi było o tyle, że chciałam się uwinąć z tematem jeszcze zanim wybiorę się na długo oczekiwany manicure, bo jak wiadomo, paznokcie nie kolegują się z papierem ściernym i preparatami do zdobienia drewna... A ja z kolei nie koleguję się ze zdartym lakierem,
(i jeśli tylko mogę, to jest to w zasadzie jedyna kosmetyczna fanaberia, na jaką sobie pozwalam).

I wiecie co? Dałam radę!
Po raz kolejny potwierdziła się moja teza, że ta technika nie lubi drobiazgowości i najlepsze efekty wychodzą, gdy pozostawi się sobie trochę miejsca na radosną improwizację i odrobinę nonszalancji. Najchętniej pracuję z decoupage, gdy mam baaaardzo luźno naszkicowane oczekiwania, takie jak kolorystyka, motyw, ale bez sztywnego określania, jak ma wyglądać finalny produkt (fuj, brzydkie słowo, wolę określenie cudotwór). Wówczas można puścić wodze fantazji i... zdać się odrobinę na przypadek. 

Tym właśnie sposobem powstało kolejne pudełeczko. A prezentuje się tak:










Ponieważ, jak wspominałam, nasz strych to równoległy wymiar, znalazłam tam jeszcze kilka innych, nieźle już zakurzonych drobiazgów, które ozdobione
w podobnej konwencji, stworzyły całkiem zgrabny komplecik do skrzyneczki.
W ten sposób powstały jeszcze: dwie podkładki pod kubek, zakładka do książki i mini-świecznik. W sam raz coś dla mola książkowego na coraz chłodniejsze i dłuższe jesienne wieczory :)










 Cały lawendowo-jesienny zestawik prezentuje się tak:





w zanadrzu mam jeszcze jedno drewniane cacko, które powstało w zasadzie przy jednym bałaganie, a okazało się bardzo przydatne. Ale o tym.... następnym razem :) Zapraszam!


piątek, 29 września 2017

O misiach, bolesnych rozstaniach i metodach noszenia beretu

Proszę Państwa, oto miś.

Kto mnie zna, wie, że Miś w moim życiu odgrywa niebagatelną rolę. 
Prezentowany tutaj misio powstał specjalnie z myślą o pewnym Małym Facecie, który nie tak dawno wywrócił do góry nogami świat pewnej bardzo mi bliskiej Osoby. I który niedawno obchodził swoje wielkie Święto. Pomyślałam więc, że nic nie będzie tak przypominało owego Wielkiego Dnia, jak puchaty, pyzaty misio.






Miś jest moją wielką chlubą, bo od początku do końca jest mojego skromnego autorstwa, począwszy od projektu, poprzez wykonanie konkretnych elementów, po ich zszycie. Aż po te śmieszne galotki na szelkach, figlarnie zdejmowane zaledwie do połowy. Aż po beret, który, jak się okazało,
w zależności od tego, jak go ubierzemy, zrobi z misia menela spod monopolowego, sąsiada z czeskiej bajki, pracownika budowlanego, rastamana lub paryskiego artystę malarza. (Zainteresowanym polecam  poeksperymentowanie ze sposobem nałożenia na głowę beretu. Gwarantuję mnóstwo świetnej zabawy!) Ostatecznie wybrałam opcję artystyczną, żeby czasem malucha nie spaczyć od maleńkości...






Miś dość długo czekał na publiczną prezentację, chociaż tak naprawdę zaczął powstawać jako jedna
z pierwszych moich szydełkowych prac. Powstawał również dość mozolnie, ponieważ długo szukałam sposobu na wykonanie konkretnych elementów, w szczególności oczu i nosa. Okazało się bowiem, że tak zachwalana przez wszystkich włóczka Himalaya dolphin baby istotnie jest cudownie puszysta i mięciutka jak kaczuszka. Puchata do tego stopnia, że nie ma mowy o jakimkolwiek hafcie, ponieważ wszystko się w niej dosłownie zapadało. Z kolei guziki nie wchodziły w grę, bo misio przecież miał trafić
w ciekawskie rączki (a z czasem zapewne i buzię) paromiesięcznego dzieciaka. Tzw. bezpiecznych oczu jeszcze na stanie nie miałam, zatem ostatecznie wybór padł na filcowe wykończenie pyszczka naszego bohatera. 







Misio podobno przypadł Julianowi do gustu. Można tak również wnioskować z fotografii, jakie widziałam i jego ogromnego uśmiechu (Julka, nie misia). Mam nadzieję, że misio nie spruje się i że Mały Facet nie pomyśli, że to takie fajne, błękitne spaghetti...

 




 Kto wie, może będzie towarzyszył naszemu Julkowi przez długie lata, przypominając jemu i jego rodzicom ten szczególny dzień? Jeśli tak, czego im i sobie samej życzę, mam nadzieję, że ta przyjaźń nie skończy się tak drastycznie, jak moja z moim Misiem na katowickim dworcu....

piątek, 15 września 2017

37 lat i dwa dni.

Jeśli w listopadzie 2015 sądziłam, że z czasem będzie łatwiej, byłam w błędzie. Gdy
z macierzyńskich pieleszy wpada się w wir zawodowych obowiązków
i pracuje się naraz w 4 miejscach, udziela tu i ówdzie i jeszcze łączy się to z ogarnianiem domu i rodziny oraz z pasją, nie ma mocnych, na coś człowieka musi w końcu braknąć. Zabrakło mnie ostatecznie tutaj, czego fejsbuk nie omieszkał mi kilkakrotnie wypomnieć...

Nie oznacza to jednak, że Cudotwórnia zawiesiła działalność.
O nie! Poszerzyła nawet nieco swój zasięg, ponieważ pod tym szyldem odbywały się zajęcia kreatywne dla dzieci oraz pań, pod skrzydłami Raciborskiego Centrum Kultury. Podczas tych cotygodniowych (w przypadku dzieciaków) i comiesięcznych
(w przypadku pań) spotkań powstawały różne cuda z drewna, filcu, papieru, styropianu, masy solnej, cekinów, i co tylko. Było zabawy i radości co niemiara.

Dlaczego było? Ponieważ, gdy już z grubsza wpadłam w rytm łączenia wszelakich obowiązków, przekorny los po raz kolejny zesłał mi, ku ogólnej uciesze (a mojej konsternacji), Kinder Überraschung. Innymi słowy przeszłam w stan spoczynku i wróciłam do moich domowych radości
i (na szczęście rzadziej) smuteczków. Dzidziuś przyjdzie do nas niebawem i pewnie znów wywróci wszystko do góry nogami. Ale dzięki temu, że zostałam niejako przykuta do domu (nie te lata
i nie to zdrowie...), mogłam nauczyć się czegoś nowego i te umiejętności rozwijam konsekwentnie.

37 lat. Tyle zajęło mi opanowanie (w podstawowym zakresie, póki co....) sztuki szydełkowania. Moją niedościgłą mistrzynią w tej materii była moja Mama, która wielokrotnie próbowała mnie wdrożyć
w tajniki tej sztuki. Ze skutkiem dość mizernym, bo choć mniej więcej wiedziałam, o co chodzi, potrafiłam zrobić łańcuszek, słupek i półsłupek, to jednak ciągle wychodziły mi jakieś potworki. Nie wiedziałam, na co patrzeć, co liczyć, na co zwracać uwagę, skutkiem czego szydełko wprawiało mnie w niesłychaną irytację i szybciutko porzucałam to zajęcie. Często, (przyznam się Wam nawet, nie tak dawno), jeszcze zanim zabrałam się na serio do roboty. Aż tu nagle, moi mili, nastąpiło w mojej głowie "klik". Coś zaskoczyło. Nie wiem, czy czynnikiem odpalającym były hormony związane
z ciążą, czy potrzeba (wewnętrzna i niezmiernie głęboka), by przyodziać ulubioną laleczkę mojej młodszej pociechy, czy niedosyt zajęć związany z odcięciem od zawodowych spraw. Tak czy inaczej, po 37 latach zaskoczyłam i zaczęłam powolutku coś tam dziergać. A jak już udało się zrobić dwie sukieneczki (dwie, ponieważ starsza córka zażyczyła sobie kreację dla swojej umiłowanej króliczki, Norci), postanowiłam rzucić się na głęboką wodę. Od wielu lat bowiem marzyłam, by nauczyć się robić szydełkowe maskotki. Jakież było moje zdziwienie, że Amigurumi jest sztuką tak.... łatwą! Oczywiście daleko mi do mistrzyń, ciągle przecież się uczę, ale mam też miłe poczucie, że już nie mam się czego wstydzić. I, wierzcie lub nie, opanowanie podstaw zajęło mi... dwa dni!

W związku z tym po blisko dwóch latach od ostatniego wpisu: TA-DAAAAM! Prezentuję kilka
z moich pierwszych szydełkowych dzieł. Mam nadzieję, że ucieszą oko i wywołają uśmiech na twarzach szanownych Czytelników!


  

 Na dobry początek drugi wykonany przeze mnie miś. Pierwszy, nieco jeszcze niezgrabny, niech pozostanie sekretnym przyjacielem mojej Pierworodnej. Sukieneczka to tak naprawdę wprawka
w robieniu różnych ściegów. Nieco koślawa, ale.... dałam radę!


Moja chluba - miś w spodenkach na szelkach, które nie są radosną improwizacją, tylko powstały
z konkretnego projektu zaczerpniętego z Youtube, który znajdziecie: tutaj 
Zostały tylko nieco zmodyfikowane przez dodanie szelek. Fajne, prawda?


Tutaj dwa misie. Wygląda na to, że dosyć się zakolegowały :)



To tak naprawdę trzeci zwierzak przeze mnie wykonany. Króliczka Klarą zwana, a wykonana na wzór ukochanej Króliczycy Norki. 


Króliczka Bunia. Sweterek projektu Reginy Groleau, zaczerpnięty
z kwietniowego numeru magazynu Mollie Potrafi. Cudownie, że są takie magazyny!


Na dobry początek tyle, ale obiecuję, że już wkrótce podzielę się innymi cudotworami! 

 


poniedziałek, 2 listopada 2015

Zaległości...

Nie, nie. To nie jest tak, że przez ostatnich kilka miesięcy nic nie robiłam. Byłam na macierzyńskim. A jeśli ktokolwiek myśli, że urlop macierzyński ma cokolwiek wspólnego z urlopem czy
z wypoczynkiem, to jest w dużym błędzie. Zwłaszcza, jeśli ma się nadaktywnego malucha, który sieje spustoszenie, w którąkolwiek stronę się obróci. 

Zrozumiałym więc jest, że mój warsztat pracy z kuchennego stołu musiał zniknąć. Półeczka
z koralikami, nićmi, sznurkami i czym tam jeszcze - również, o ile nie miałam ochoty wyławiać tego
z nocnika. A wierzcie mi, nie miałam. Wystarczy mi wyławianie
z toalety pilotów do telewizora czy DVD albo z wiadra z wodą do mycia podłóg butów, szczoteczek do zębów i zabawek... Ot, uroki macierzyństwa.


Ale! 

To nie tak, że odtąd wyłącznie karmię, przewijam, pilnuję. Otóż jakiś czas temu udało mi się popełnić kilka par kolczyków. Zdaje się w lipcu (wtedy jeszcze mała pocieszka trochę więcej sypiała). Tylko jakoś nie było już czasu się z tym upublicznić, bo pojawiły mi się jakieś drobne problemy
w komunikacji na linii telefon (czyli aparat) - komputer. Udało mi się je jednak obejść i oto wreszcie się chwalę. 


Kilka modeli (większość już znalazła właścicielki i mam nadzieję,
że kolczyki dobrze się noszą
i przynoszą im wiele radości):









niedziela, 1 listopada 2015

Będzie reklama

Siedem miesięcy. Prawie siedem miesięcy upłynęło od ostatniego wpisu... Czas mnie goni, ja uciekam i... próbuję go złapać za ogon. To chyba nie najlepszy model życia. 

A może inaczej? 

Gonię nie tyle czas, co rosnące dziecko, które zaczęło chodzić
i włazi wszędzie. I rozrabia. I rozbawia mnie do łez. I doprowadza do łez rozpaczy, czasami... A drugie właśnie rozpoczęło naukę
w szkole podstawowej (i niech los sprawi, by osoby, które wpadły na pomysł posyłania sześciolatków do szkoły, trafiły tam na kilka tygodni i popracowały z tymi maluchami... Powodzenia...)


Dziś jednak udało się dzieciaki uśpić w aucie w drodze powrotnej
z odwiedzin u Mamy. (Ależ tam pięknie wśród migających lampek, wśród zapachu chryzantem...). Mogłam więc zapakować świeczniki, które zrobiłam hurtowo.


Po co? 
A no właśnie, dochodzimy do sedna.

Udzielam się mianowicie w Stowarzyszeniu Wokalistów MIX z Gliwic.
Z grupą szalonych zapaleńców organizujemy przeróżne ciekawe wydarzenia, i właśnie na dniach, konkretnie 7-8 listopada odbędą się II już Międzynarodowe Seminaria Naukowe Mix Singing - Współczesne Bel Canto. Dla tych, co nie wiedzą, chodzi o szeroko rozumianą pracę głosem i z głosem. Temat rzeka, a niezmiernie ciekawe prelekcje
i prezentacje poprowadzą naprawdę wybitni wykładowcy z różnych zakątków globu. I właśnie tym wspaniałym ludziom (nauczycielom, lekarzom, naukowcom, wokalistom) pragniemy podziękować - skromnie, acz od serca, i najlepiej tak, by mogli ów dziękczynny podarunek spokojnie spakować do samolotu, nie narażając się na podejrzenia
o bycie terrorystami... ;)


Dla wszystkich zainteresowanych: można się jeszcze zapisywać,
a bliższe informacje o nas, o tym, co robimy i o samych seminariach znajdziecie tutaj: www.mix.org.pl


A świeczniki, zdobione techniką decoupage - choć na pierwszy rzut oka wyglądają na jednakowe - naprawdę się różnią, każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Prezentują się, jak widać: 






... i mam nadzieję, że sprawią naszym gościom wiele radości.



czwartek, 9 kwietnia 2015

Tyle ciszy

Tyle ciszy od ostatniego wpisu, a tu wiosna się ciśnie. Z oporami, bo na Wielkanoc sypnęło śniegiem, ale zielonego widać coraz więcej, mimo wszystko. 

A u mnie we fioletach. Zrobiły się maleńkie, figlarne kolczyki dla pewnej uroczej Kini. Z okazji urodzin, które przypadają tego samego dnia, co urodziny mojej kochanej Babci Lusi. Kolczyki cudnie mienią się w słońcu i radośnie podzwaniają dzwoneczkami. 

Kiniu, szczęścia!







wtorek, 10 lutego 2015

O jajecznicy z atramentem

Spędziłam trochę czasu w moim rodzinnym mieście. Czas przeznaczony na uporządkowanie rzeczy po Mamie był też czasem pewnych wspomnień i sentymentalnych wycieczek. Również wycieczki w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż wybrałam się na spotkanie z przyjaciółmi w emeryckim klubie, a tak dokładniej - w jednym ze starszych lokali w tym mieście, z którego okna wypadł niegdyś Rafał Wojaczek, a w którym poznali się moi rodzice. Ot, takie babskie spotkanie, na jakie od dawna nie ma czasu. Ważne tym bardziej, że spotkałam się z Małą, która obecnie mieszka daleko, daleko, a z którą ostatnio widziałam się - wstyd przyznać - w listopadzie 2013 roku. Trochę czasu minęło, świat się zmienił, tylko my ciągle takie same ;) 

Specjalnie na to spotkanie szykowałam dla niej drobny upominek - kolczyki w kolorze jej oczu. Zwykła mawiać, że ma oczy koloru... jajecznicy z atramentem... jeśli wiecie, co mam na myśli. Nie wiecie? Poważnie? Wobec tego zerknijcie na zdjęcia poniżej. 
Okazało się, że kolor doskonale pasuje nie tylko do jej oczu, ale również do koloru jej paznokci. Mam nadzieję, że upominek, choć to naprawdę drobiazg, przyniesie jej trochę radości. 






To ulga spotkać kogoś po tak długim czasie i przekonać się, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Że rzucony abstrakcyjny żart zostanie w locie podchwycony. Że wspomnienie ulubionej knajpy z czasów licealnych jest żywe nie tylko w mojej pamięci. Do teraz trudno odgadnąć, jak na powierzchni jednego większego pokoju mogło się zmieścić tyle osób. Myślę sobie, że albo nasz świat był taki mały, albo to miejsce w jakiś magiczny, niezrozumiały sposób rozciągało się, by pomieścić wszystkie Ważne Osoby. Ba! Zdarzało się, że odbywały się tam niezłe koncerty, a to już naprawdę nie byle co, skoro perkusja zajmowała dobrą 1/3 powierzchni...

Cudownie jest wiedzieć, że ciągle w sercu ma się miejsce dla Tych Ważnych Osób. I jeszcze piękniejsza jest świadomość, że ciągle ma się swój kącik w ich sercach i pamięci.



poniedziałek, 9 lutego 2015

Odeszłaś, Mamo

Dziś jest inaczej, niż zwykle. Piszę z pustego, cichego, zimnego domu, osieroconego przez moją Mamę. To trudny dla mnie czas. Odeszła za szybko. Nagle, choć przecież spodziewałam się tego odejścia. Choroba przysporzyła jej cierpień i odbierała nam ją po kawałku. Teraz przyszedł czas zmierzenia się z tym, co po niej pozostało. Jest tego sporo, zawsze zdumieniem napełniało mnie chomicze usposobienie mojej Mamy, zapewne wynikające z faktu, że niejednokrotnie doświadczała braku. Znajduję masę różnych rzeczy, mniej lub bardziej przydatnych. Niektóre bardzo przypominają mi Mamę, widzę ją w tym czy w innym ubraniu,zaś niektóre są zupełnie bezosobowe, czy raczej - bezpańskie. Żadne z nich nie ma jej zapachu :( Nie słyszę też dźwięków brzmiących jak Mama. Jej głosu, nerwowego zapalania zapalniczki, kaszlu (który przyprawiał mnie za każdym razem o zawał), telewizora, który grał bezmyślnie na okrągło (a który przyciągał mnie zawsze jak magnes, pewnie dlatego, że w domu nie używam tego śmiesznego pudełka), radia, które brzęczało, czasem równocześnie z telewizorem. Nie czuję też zapachów gotowanego przez nią wyśmienitego jedzenia. Tak to jest. Rzeczy stają się strasznie samotne i opuszczone, gdy właściciel od nich odchodzi, gdy je porzuca.
Tak więc. Marznę w tym domu, domu szczęśliwego dzieciństwa, nieco mniej szczęśliwej, licealnej młodości, i (nie)zupełnie parszywych lat dorosłości (parszywych, bo świadomych, a nie parszywych, bo jednak starałam się wychwytywać te jaśniejsze momenty, zawsze, wbrew rozsądkowi wierząc, że jeszcze będzie przepięknie, a przynajmniej normalnie...).

W czasie grzebania  w tych wszystkich rupieciach natknęłam się na kolczyki, które nie tak dawno zrobiłam dla Mamy w technice haftu sutaszowego. Znalazłam je w pudełku na biżuterię (też zrobionym przeze mnie, kiedyś na święta), w najpiękniejszym, aksamitnym pudełeczku. Zobaczcie, to jest kawałek mojej miłości do mojej Mamci...









środa, 14 stycznia 2015

Długo mnie nie było. 
W tym czasie udało mi się dokończyć skrzyneczkę dla córeczki. Tak jak obiecałam - jest cukierkowo słodka. Lu jest nią oczarowana, od razu wpakowała do niej kilka swoich skarbów, z których największym jest.... kawałek starej łazienkowej podłogi z terakoty ;) Niebawem wrzucę zdjęcie (skrzyneczki, nie terakoty!), ale dziś chwalę się czym innym. Zmęczył mnie już trochę ten decoupage, więc w ramach urozmaicenia wróciłam do zabawy w biżuterię. Ech, cóż by mówić, wyszło się z wprawy, trochę czułam się, jakbym na nowo uczyła się zszywania sutaszowych sznureczków. 
Trochę też czasu mi to zajęło, ale dziś wreszcie mogę zaprezentować komplet: kolczyki i bransoletka w kolorach czerni i czerwieni: 




Tak sobie myślę, że bransoletka mogłaby się spodobać mojej koleżance z Grazu, doskonałej wokalistce i genialnej nauczycielce śpiewu. Miałaby komplet do kolczyków ;) Kto wie, może niedługo dostanie ode mnie prezent?

wtorek, 30 grudnia 2014

Wszystko czerwone.

Znacie tę książkę Chmielewskiej? ;) To takie luźne skojarzenie z kolorystyką moich ostatnich cudotworów, które nareszcie zostały skończone i uwiecznione na fotografii. 

Niniejszym prezentuję:

Szkatułka na biżuterię dla miłośniczek drobnego inwentarza i stylu retro. W środku szkatułki trzy przegródki i lusterko oraz szufladka. Wykończenie matowe woskiem:






Pudełko z hiszpańskimi tancerkami dla pięknej tancerki Oli. Oj, długo nad nim siedziałam, okazuje się, że prostota zawsze się sprawdza, pierwsze pomysły są najlepsze, a poprawianie wszystkiego w nieskończoność nic konstruktywnego nie wnosi.




 
PS. Mogę wracać do pudełka dla mojej córeczki. Tylko, tak sobie myślę, może jednak umyję tę podłogę, co?...

sobota, 27 grudnia 2014

Święta, święta... i znów bałagan ;)

Otóż to. Nareszcie wrócił dawny porządek rzeczy. A raczej, żeby być uczciwą, nieporządek. Święta za nami, można bezkarnie rozłożyć się na stole kuchennym z całym majdanem. Testuję nowe farby, które przyniosło mi (na moją prośbę) Dzieciątko. A ponieważ mąż zakupił dla mnie dziś hurtowe ilości akrylowych farb w Lidlu, mogę się bawić i testować i porównywać :) Jak mam być szczera, nie zauważyłam jakiejś znaczącej różnicy w jakości pomiędzy farbami z marketu a super profesjonalnym produktem za jakieś kosmiczne pieniądze. Nie ma szału, jeśli chodzi o jakość krycia. Kolorystyka jest ciekawa, ale do uzyskania chałupniczymi sposobami. Drogie farby mają cudowną konsystencję gęstej śmietany, a akryle raczej się leją. Na pewno jest różnica w połysku - profesjonalne farby dają idealnie matowe wykończenie, akryle dają powierzchnię bardziej satynową. Być może jestem jeszcze za słaba w te klocki, ale znaczącą różnicę zauważam przede wszystkim w cenie ;) 

Zaopatrzona w farby wreszcie zabrałam się za pudełeczko dla mojej córeczki, które obiecuję jej od czerwca. Będzie do bólu cukierkowe, wróżkowo - kwiatkowo - serduszkowe, w sam raz dla młodej damy ;) 
W szale działania, (nadrabiam bowiem poświąteczne zaległości a i mogę wreszcie oddać się realizowaniu swoich fantazji, a nie prac o tematyce świątecznej), udało mi się też przerobić szkatułkę, z którą walczyłam długi czas, a której to walki efekt mnie nie zadowalał. Zamiast bluszczu na brązowoszarym tle, będą motywy ornitologiczno - botaniczne na tle czerwonym. Jeszcze się z tym nie uporałam, ale sądzę, że niebawem będę się mogła pochwalić rezultatami. Okazuje się, że technika decoupage'u lubi pewną nonszalancję, a zbytnia dbałość o szczegóły (do której niestety mam skłonności) lubi odbijać się czkawką, bo im bardziej chce się coś dopracować, tym większe prawdopodobieństwo, że coś się spieprzy. Zretuszowana szkatułeczka będzie więc udawać stary, wyświechtany, ale cenny przedmiot. Pewne niedociągnięcia i nierówności tylko dodają całości uroku, a papier z ptakami i różami, jak od początku przeczuwałam, stwarza niezwykły, nieco romantyczny klimat.

piątek, 19 grudnia 2014

O molach i grzybkach.

A jednak, jak co roku, obsesja przedświątecznego sprzątania i mnie dopadła ;) Jest przecież o wiele przyjemniej, gdy zetrze się kurz, a w pokojach pachnie świeżością. Nie oznacza to bynajmniej, że odkopałam stół kuchenny, do niego jeszcze nie dotarłam. Odkryłam natomiast miejsce, w którym zamieszkały mole, a którego od dłuższego czasu nie mogłam znaleźć. Otóż upodobały sobie suszone grzybki ;) Jakie szczęście, że zachomikowałam ich jeszcze trochę (grzybków, nie moli!) w słoju na lodówce, będzie z czego zrobić farsz do uszek, będzie też grzybek do świątecznej kapustki z grochem.
Tymczasem zakwas na barszczyk zdążył nabrać mocy urzędowej, i dziś lub jutro zleję go do butelek. 
Przyszedł też czas na ostateczne rozprawienie się z podarunkami, w końcu i stół kuchenny przydałoby się wygrzebać na powierzchnię. 
Dziś zaprezentować mogę dwie rzeczy:

ozdoby choinkowe, które dziś prawdopodobnie zawisną tam, gdzie powinny, zamiast zajmować miejsce na parapecie:






szkatułka w kolorach lawendowego zmierzchu zrobiona na specjalne zamówienie kuzynki męża:





No. To teraz spokojnie mogę wrócić do sprzątania!

niedziela, 14 grudnia 2014

O szkarłacie barszczu i hiszpańskich tancerek

Wrzucić zdjęć wczoraj już się nie udało. Utknęłam na pudle z motywami tańca, którego widmo powoli spędza mi sen z powiek. Ma być w kolorach ognia - czerwieni, żółci i pomarańczu. Wczoraj już byłam całkiem blisko, kolorystyka była idealna, ale do liściastego, jesiennego tła, ogniste hiszpańskie tancerki nijak nie pasowały. Pudło ostatecznie wygląda zupełnie inaczej, niż planowałam,(poprzestałam na tle), i trafiło w zupełnie inne (ale jakże wdzięczne) ręce.
Spędziłam za to cudowny wieczór z mężem, przyjaciółką i dzieciakami przy barszczyku (na bardzo gęsto, bo cała płynna zawartość się wygotowała), pizzy i innych pysznościach. Poznałam również przepis na drinka, którego skład i konsystencja niebezpiecznie kojarzą mi się z jajecznicą. Udało mi się też wstawić zakwas na barszczyk (jak to było? Idą święta, tak?), który powolutku zaczyna nabierać pięknego szkarłatnego koloru.
Mogę się również wreszcie pochwalić efektami pracy ostatnich tygodni, które prezentuję poniżej:

Zestawik zdobiony techniką decoupage, w kolorach złota, złamanej bieli, z delikatnymi wzorami kwiatowymi. W skład zestawu wchodzą: chustecznik, świecznik, zakładka do książki, mydełka:








Zestaw drugi składa się z trzech świeczników, zakładki do książki oraz mydełek zdobionych w motywy różane. 








Zdjęcia udostępniam dzięki uprzejmości nieocenionej i bardzo zdolnej Aliny Luterek :)